REDnacz
Laureaci Bazgroła: Tekst & Fantastyka
Poniżej przedstawiamy pracę Macieja Serżysko, do której ilustracje wykonał Paweł Flieger. Tekst Maćka wygrało również w kategorii na najlepszy tekst fantastyczny.

SMOCZA ARMIA

Uwierz, że przetłumaczyłem ten tekst prawidłowo - złościł się Kacper. 
Leon znów nie dowierzał jego zdolnościom, choć młody archeolog dowiódł już nie jeden raz, że nie tylko jego kontrowersyjne metody badania przeszłości są skuteczne, ale ma też wyjątkowe szczęście, niezbędne w tym zawodzie. To dzięki niemu udało mu się odkryć tajemnicę Mieszka I, który okazał się być spadkobiercą tronu swojego brata, a nie pierwszym władcą Polan, ale Leon pamiętał lepiej o innej historii:
- Chciałem przypomnieć ci eksperyment, który przeprowadziliście z Adamem. Wtedy też byłeś pewien swego?
- I miałem rację. Władca Pieczyngów mógł postrzelić się łuku! Legendy mówiły prawdę!
- Tak... Adam wie o tym najlepiej. Myślę, że gdy już wyjdzie ze szpitala napiszecie wspólnie wiekopomne dzieło na ten temat - zakpił Leon, ale widząc minę Kacpra poprosił: - No dobra, pokaż, co tam znalazłeś. Jak rozumiem udowodnisz tym razem, że władca Chin był, jak chcą tego dawne opowieści, smokiem.
Kacper przemilczał drobną złośliwość, bo i co miałby odpowiedzieć? Że jego przełożony jest jasnowidzem? Włożył rękawiczki, jak zawsze, gdy miał dotykać zabytków, i rozłożył na stole kruche karty papieru, zapisane pismem, które od wieków nie widziało słonecznego światła.
- Tak jak się spodziewałem, zawartość nefrytowej skrzyneczki okazała się cenniejsza, niż złote ozdoby, które przewieźliście do muzeum. Cho Per poświęciła wiele czasu na rozszyfrowanie znaków, którymi zapisano tę historię, bo musisz widzieć, że znacznie różni się od dotychczas znalezionych chińskich tekstów. Z zapisków wynika, że terakotowa figura kobiety, którą znaleźliśmy, wcale nie jest figurą?
- A czym? - przerwał Leon.
Kacper potarł nos dłonią. Niejednokrotnie opowiadał profesorowi dziwne rzeczy, ale ta miała być najdziwniejszą z nich wszystkich.
- To? To po prostu kobieta - powiedział.
- Kobieta? - nie zrozumiał Leon. Nie pierwszy zresztą raz nie mógł pojąć, co Kacper do niego mówi.
- Ona żyła. Nie jest posągiem, to coś w rodzaju terakotowej mumii, a może raczej postaci zaklętej w kamień. To przypadkowa ofiara cesarza, która znalazła się zbyt blisko jego wojowników, znanych nam dziś jako terakotowa armia.
Leon zdjął okulary i przetarł oczy. 
- Chcesz mi powiedzieć, że terakotowa armia też kiedyś żyła? - upewnił się.
Kacper pokiwał głową.
- Coś w tym stylu. Historia jej powstania jest zapisana na tych kartach, jeśli chcesz, mogę ci ją opowiedzieć ? zaproponował, a Leon tylko westchnął w odpowiedzi. Nie miał innego wyjścia, jak wysłuchać historii sprzed tysięcy lat. 

* * *

Cesarz Quin Shi Huang umierał. Chyba każdy na jego dworze mówił tylko o tym - wydawał się być wieczny, a tymczasem, mimo pomocy i zabiegów najznamienitszych cyrulików, jego życie zmierzało ku końcowi. Wielki cesarz zjednoczył Walczące Królestwa i wprowadził rządy żelaznej ręki. Panował terror, lecz mimo to lud go podziwiał. Uczynił kraj bogatym, nie można też było nazwać go niesprawiedliwym, wręcz przeciwnie. Dobrze znał się na karach, stosował je chętnie, ale zawsze wobec tych, którzy na nie naprawdę zasłużyli. Już za życia stał się legendą, także dlatego, że nikt nie pamiętał dnia jego narodzin i nie było pewności, co do imion jego rodziców. Wydawało się, że pojawił się nagle i stworzył niepodzielne Chiny - a teraz odchodził.
Mówię wam o tym, bo lękam się, że pewnego dnia świat zapomni o tej historii. Jestem Xsinh Tse, generał armii koronnej i członek elitarnej Cesarskiej Gwardii Honorowej, straży przybocznej władcy. Doświadczenie bojowe i lojalność wobec cesarza zapewniły mi funkcję wodza tej formacji. Powiedzmy to sobie szczerze: gdy dowiedziałem się, że mój pan słabnie, mimo tego, co mu zawdzięczałem, nie przesadzałem z rozpaczą. Widziałem ludzi łkających, lamentujących, wznoszących modły ku niebiosom i proszących o zdrowie cesarza, lecz ja na pewno nie dołączyłbym do nich. O nie, nie ja. Na szkoleniu gwardzistów byłem uczony, by nie okazywać emocji. Zachowałem je dla najbliższych, a miałem rodziców i siostrę. Kochałem ich, rzecz jasna, choć i w ich towarzystwie nie zdarzało mi się wybuchnąć spontanicznym śmiechem albo gorzkim szlochem. Do czasu, jak miało się okazać? Poza tym w swoim długim życiu oswoiłem się już z śmiercią zadawaną przez innych, rany, czas, bądź przez samego siebie. 
Skłamałbym jednak mówiąc, że byłem obojętny na to, co się dzieje. Szanowałem przecież mojego pana. Niektórzy ludzie mawiają, że cesarz to przecież zwykły człowiek, taki jak oni. Głupcy! Władca jest zawsze kimś wyjątkowym i stałby się nim nawet, gdyby urodził się w wiejskiej chacie. A o naszym cesarzu powiadali, że nie tylko jest wybitny, ale też i magiczny. Plotki głosiły, że władca Chin jest Smokiem. 
Ja sam nie dawałem temu wiary. Uważałem, że każdy, kto rządzi, staje się bohaterem legend, albo raczej sam je wymyśla. Na przykład pewien możnowładca ze wschodnich granic stwierdził, że jest tym, który podbije świat. I znaleźli się naiwni, którzy go posłuchali. Naprawdę! Zebrał niewielką armię i wyruszył na miasta i wsie swojego sąsiada i zarazem wroga. Pech chciał, że tuż po przekroczeniu granic został zabity przez jakiegoś gryfa, a widząc jego śmierć żołnierze przeciwnika rzucili się na jego wojsko i wybili w pień pozbawione wodza i ducha bojowego oddziały. 
A'propos gryfów - od wieków stanowiły one w całych Chinach plagę. Jeden taki stwór bez problemu mógł porwać z wierzchowca kawalerzystę w pełnym rynsztunku, czasem i z przyczepionym do niego koniem. Polowały na ludzi, choć na ich obecność zdecydowanie bardziej uskarżali się hodowcy bydła. Gryfy wprost ubóstwiały wołowinę, a jeden w ciągu nocy mógł zjeść połowę wielkiego stada. Prawdziwe utrapienie! 
Oczywiście pasterzom gęsi, świń, koni i owiec też nie było do śmiechu. Gdy widziałeś pikujące nad tobą połączenie lwa z orłem znaczyło tylko jedno ? już po twoich zwierzętach i po tobie. Walka z tym stworzeniem nie należała do łatwych, oj nie! Gryfy były szybkie, silne i ogromne. Jeden stanowił wyzwanie nawet dla plutonu świetnie wyszkolonych łuczników, bo trzeba wiedzieć, że to właśnie ta broń była najlepsza do obrony przed gryfem. Kluczem do zwycięstwa było to, by trzymać się na odległość - aby dziób i pazury cię nie dosięgły, łuk sprawdzał się więc wyśmienicie.
Ale rozgadałem się o gryfach, a one w tej historii będą odgrywały niewielką rolę.
Nadszedł dzień, którego jedni oczekiwali, a inni bali się najbardziej na świecie. Tego ranka obudził mnie tupot stóp posła odpowiedzialnego za przekazywanie informacji. 
- Panie, cesarz wzywa cię przed swoje oblicze - zawiadomił młodzieniec, chyląc nisko głowę.
"Zupełnie jakbym to ja był cesarzem." - pomyślałem i lekko się uśmiechnąłem, po czym powiedziałem: - Przekaż mu, że już idę. 
- Tak, Panie. - powtórzył formułkę grzecznościową młodzik, odwrócił się i ruszył pędem.
Ja też nie stałem w miejscu.

* * *

Przed wejściem do cesarskiego apartamentu stało dwóch gwardzistów z lancami w dłoniach. Tych znałem osobiście. Była tam jednak jeszcze jedna osoba, starzec w okazałej szacie i z torbą.
- Dom Cing Padno. - przedstawił się, po czym ukłonił. - Nadworny cyrulik.
- Xsinh Tse - odpowiedziałem i też się skłoniłem. - Dowódca Cesarskiej Gwardii Honorowej.
- Pozwól przyjacielu, że osobiście odprowadzę cię do pana. Tylko staraj się go niczym nie zdenerwować, mogłoby mu to zaszkodzić - wyjaśnił sprawę lekarz, choć chyba nie wierzył do końca w to, co mówi. Władcy trudno było pewnie tak zaszkodzić, jak i pomóc.
Straż odsunęła broń zagradzającą przejście i ruszyliśmy na przód.
- Jak stan zdrowia cesarza? Widać poprawę? - zapytałem z cieniem nadziei.
Cyrulik odwrócił się do mnie.
- Widać bardzo nieznaczną poprawę... Ale raczej nie utrzyma się to długo - oznajmił, a ja zrozumiałem, że cesarz zbiera siły przed ostatnią podróżą. 
Korytarz, którym szliśmy, był ciemny i długi, a przed drzwiami pokoju monarchy także stało dwóch gwardzistów. Pozdrowili nas i ustąpili. Dom Cing Padno wszedł pierwszy.
- Wasza Jasność, przybył dowódca Gwardii Honorowej - usłyszałem.
Rozległ się słaby, lecz wciąż władczy baryton Cesarza:
- Niech wejdzie.
I wkroczyłem powoli do pomieszczenia.
Komnata była piękna: ściany miała pokryte złotem i drogocennymi gobelinami, wnętrze pełne było marmurowych rzeźb, głównie przedstawiających smoki, trofeów myśliwskich i sztukaterii, w które ktoś musiał włożyć cały swój kunszt: przepełniały je, bowiem zawiłe zdobienia. Na jednym ze stołów zobaczyłem kobierzec z leżącym na nim najpiękniejszym mieczem, jaki w życiu ujrzałem: nie dotykając go można było stwierdzić, że ostrze jest twarde i dobrze wyważone, jelec ma odpowiedni kształt, a do tego było pięknie ozdobione. Zaraz potem przeniosłem wzrok na ogromne łoże po środku pokoju. Na nim cesarz Quin Shi Huang leżał otoczony złotymi poduszkami. Służący gięli się w ukłonach czekając na jego polecenia, ale wydawało się, że całą jego uwagę pochłaniała filiżanka herbaty, jego ulubionego napoju.
- Chciałeś mnie widzieć, Wasza Wspaniałość? - zapytałem, kłaniając się najniżej jak potrafiłem.
- Tak, generale. Chcę to omówić na osobności. - odpowiedział mi i ruchem ręki wyprosił wszystkich z sali. Wszystkich, prócz cyrulika. Ten mieszał przy oknie jakąś miksturę, zapewne lekarstwo. Najwyraźniej cesarz musiał mu bezgranicznie ufać, skoro pozwolił mu zostać, ale w zasadzie nie było w tym nic dziwnego. Od niego zależało teraz jego życie.
Wreszcie cesarz zabrał głos.
- Mój czas na tym świecie dobiega końca. Mam wobec tego dla ciebie jedno polecenie, które musisz wypełnić. Chcę, żeby armia koronna przybyła mnie pożegnać.
Ukłoniłem się, ale nie przerywałem mu zbędnie. Rozumiał, że wypełnię rozkaz i sprowadzę wojowników.
- Moje mauzoleum jest już prawie gotowe. To tam, w jego wnętrzu, chcę odejść, a armia pożegna mnie po raz ostatni. Ufam, że mnie nie zawiedziesz - dopowiedział władca i tak moja audiencja dobiegła końca.
- Tylko ty zostań poza grobowcem - szepnął mi cyrulik zanim wyszedłem. Spojrzałem na cesarza, chyba tych słów nie słyszał, ale bałem się pytać, dlaczego. Podziękowałem w milczeniu.

* * *

Wychodziłem z komnaty z mieszanymi uczuciami. Musiałem teraz zwołać naradę generałów.
- Wola cesarza jest święta, ale to niewykonalne. Nie możemy pozbawić się choć na chwilę całego wojska, jakim dysponujemy. To czyste szaleństwo - jako pierwszy zabrał głos młody wojownik siedzący w rogu sali.
Nieoczekiwanie dla mnie otrzymał wsparcie innych generałów, którzy chyba tracili dyscyplinę wobec słabości cesarza. Widząc to musiałem zareagować.
- Przecież nie mówimy tu o całej armii, lecz jakiś dziewięciu tysiącach! Myślę, że to liczba godna władcy ? wyjaśniłem.
Dało się słyszeć szmery niezadowolenia.
- Niemożliwe!
- To za wielka liczba! - protestowali. 
- Racja - przyznałem. - Choć mamy do dyspozycji cztery sektory, idealnie na dziewięć tysięcy?
- Bez wojska zjedzą nas gryfy - zauważył Nixe Bing, generał garnizonu z południa.
- Wiem o, tym? Proponuję więc zmniejszenie liczby wojowników do ośmiu tysięcy. - ustąpiłem nieco, lecz i Nixe nie dawał za wygraną:
- Siedem i pół tysiąca to maksymalna liczba, na jaką jesteśmy przygotowani. Żołnierze są nam niezbędni do wzmocnienia wschodnich granic! - przypomniał.
Tu niestety miał rację. Z każdym dniem rosło zagrożenie ze strony Taotii. Były to straszliwe istoty nękające nasze ziemie. Miały postać przerośniętych ludzi, włochatych i śmierdzących. Były prymitywne, skóra ich była twarda niczym kolczuga, a najchętniej napadały na kupców. Wiedziałem, że nie mają zwyczaju brać jeńców. Były szybkie, miały czuły węch i niesamowity słuch, co rekompensowało im to, że ich małe oczka były niemal ślepe. Żyły w rozległych sieciach tuneli i dlatego tak trudno było nam je wytępić, a one mogły znienacka wygrzebywać się wprost spod ziemi i atakować ludzi. Musieliśmy chronić przed nimi lud.
- Niech będzie. Siedem i pół tysiąca. - uległem, a po sali przeszła wyczuwalna fala zadowolenia.
- Z drugiej strony, nie możemy rozczarować cesarza! - powiedział najstarszy wiekiem generał.
- To dodamy dla lepszego efektu sześć wozów bojowych - pomyślałem na głos.
- Tak zróbmy. Siedem i pół tysiąca ludzi i pojazdy - powtórzył Nixe Bing.
Byliśmy gotowi.

* * *

Tydzień później stan zdrowia Qin Shi Huanga drastycznie się pogorszył i choć próbowano mu mówić, że wyzdrowieje, on sam utrzymywał, że nadszedł czas wyruszyć. We wszystkie strony cesarstwa ruszyli heroldzi z zadaniem zwołania oddziałów wyznaczonych do pożegnania. Jako naczelny dowódca tej misji zostałem o tym zawiadomiony jako pierwszy. Skoro świt do mojego mieszkania wpadł zdyszany goniec.
- Przynoszę wieści, mój panie - zameldował mi pokornie.
Wstałem z krzesła i odstawiłem kubek gorącej herbaty na misternie zdobiony stolik. Ostatniej nocy długo trudziłem się nad przygotowaniem dokumentów związanych z życzeniem cesarza. Nic dziwnego, że tego dnia byłem wpół przytomny.
- Jakie tam ważne wiadomości mi przynosisz? Znowu gryfy zapuszczały się w okolice stolicy? - zapytałem.
- To nie gryfy. Cesarz umiera. - odpowiedział szybko, jakby chciałby mieć to już za sobą.
Zmartwiłem się, rzecz jasna, lecz w tej chwili myślałem raczej o logistyce. Trzeba był szybko sformować pochód.
 
* * *

Siedem i pół tysiąca wojskowych szło powoli w ciasnym orszaku. Towarzyszyły im oddziały kawalerii oraz wspomniane na naradzie wozy bojowe. Powoli zbliżaliśmy się do mauzoleum. Pomieszczenie przeznaczone dla żołnierzy okazało się całkiem sporym budynkiem z drewnianym dachem. Przekazano mi też informacje, że miejsce, gdzie złożą sarkofag, oddalone jest o około półtora kilometra od tej budowli.
Do fortyfikacji prowadziła niezbyt solidna brama. Razem z kilkoma rachmistrzami oraz moim adiutantem zajęliśmy stanowisko przy wejściu. Pamiętałem radę cyrulika i jeśli nie musiałem nie wchodziłem do środka. Udało się tam ośmiu moich podkomendnych z Gwardii. Za nimi została wzniesiona piękna złota lektyka cesarza, towarzyszyli mu wybrani członkowie dworu. Za nimi znowu szło ośmiu gwardzistów. Długo jeszcze odbijał się blask pochodni od złotego pojazdu, oświetlił on drogę kawalerii pod wodzą Fung Mao, mego serdecznego przyjaciela. On sam jechał na muskularnym rumaku bojowym prowadząc kilkaset nie mniej okazałych zwierząt.
- Bądź pozdrowiony, generale Xsinh. Wiozę tu z sobą czterystu trzydziestu kawalerzystów z fortu Hoinn. ? powiedział z uśmiechem, a rachmistrzowie od razu zrobili zapisy, obliczenia i uzupełnili listy. Sam zerknąłem na ich dokumenty i oznajmiłem:
- Mnie także miło cię widzieć. Niech twoi ludzie ustawią się w sektorze drugim, gdzie postaramy się wprowadzić większość kawalerii, którą dysponujemy. Ty jednak powinieneś się udać do działu trzeciego, gdzie ma się znajdować sztab.
Ruchem ręki dał znak podległym sobie jeźdźcom, aby ruszali. Nadszedł czas, aby odprawić kolejne bataliony.

* * *

Powierzyłem sprawy organizacyjne adiutantowi, po czym zdecydowałem się na chwilę wejść do wnętrza budowli. Ruszyłem ścieżką podziwiając ustawionych żołnierzy, w pełnym rynsztunku, z bronią w ręku. Mimo, iż wszędzie było pełno pochodni, wydawało mi się, że jest ciemno. Cesarz siedział na podwyższeniu, zatopiony w jedwabie, na tronie ze srebra i szlachetnego drewna. Skinąłem na jego szambelana, który odszedł na chwilę, aby ze mną porozmawiać.
- Jak się prezentuje nasza sytuacja? - zapytał.
Złożyłem mu prosty, żołnierski meldunek.
- Przybyło tu siedem i pół tysiąca wojowników, w tym około trzy tysiące dwieście piechoty.
- Hm... Arena jest wybudowana dla dziewięciu tysięcy ludzi i podzielona na cztery sektory. To trzy czwarte zamierzonych jednostek - stwierdził rozczarowany sługa.
- Sprawy się skomplikowały. Zagrożenie ze strony gryfów i Taotiii zredukowało naszą liczbę. Gryfy zredukowały też oddziały łuczników i kuszników. Ale spokojnie, efekt i tak będzie niesamowity. Gwarantuję. Zawsze też możemy pozostawić sektor czwarty pusty - zaproponowałem uspokajającym tonem.
- Dobrze, że mnie informujesz. Dziękuję. - powiedział mężczyzna z wyraźną ulgą, po czym odwrócił się w stronę monarchy. Ja też ruszyłem zdjąć trochę obowiązków z barków mojego niezastąpionego pomocnika.
* * *

Gdy objąłem wzrokiem zdyscyplinowane oddziały dostrzegłem nagle jakąś postać, wyróżniającą się na tle rosłych mężów. Kobietę. Z zaciekawienia aż wstałem, i poszedłem do niej.
- Hej, co ty tu robisz?  - zapytałem ją ze złością. I wtedy się odwróciła, a ja ją poznałem.
- Rixin Ming Tao? - krzyknąłem ze zdumieniem.
- Bracie?
- Co ty tutaj robisz?! - powtórzyłem zdziwiony widokiem siostry tu, pomiędzy wojskiem.
- Idę za Tao Fun Ka, moim mężem... - odparła cicho speszonym głosem i spuściła głowę.
- Wiesz pewnie, że nie wolno ci było tu przyjść - powiedziałem tonem takim, jakiego używał mój ojciec, gdy się martwił.
- Tak, ale ja naprawdę chciałam tu być! - przyznała, po czym dodała: - Poza tym, wiedzie mnie tu też czysta ciekawość.
Spojrzałem na nią pobłażliwym wzrokiem, jak wtedy, gdy zbiła mój ulubiony kubek. Nie potrafiłem się na nią gniewać.
- Dobrze, zrobię dla mojej siostry wyjątek. Tylko postaraj się nikomu nie rzucać w oczy - ostrzegłem ją.
Uśmiechnęła się, po czym ruszyła w ślad za ukochanym.

* * *

Z dala obserwowałem uroczystość. Mimo, iż nie zgromadziliśmy tylu wojowników, by wypełnić budynek, efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Przy bramie wejściowej stali dwaj strażnicy. Wszystkim było wiadomo, że lada chwila cesarz odejdzie z tego świata. Ze swego miejsca miałem idealny widok na całą halę. Widziałem też siostrę stojącą nieopodal wejścia, razem z wyprostowanym na baczność Tao Fun Ka. Wyobrażałem sobie, że nasz władca z każdą chwilą robił się coraz bledszy, ale i też pozostawał uśmiechnięty. Miał dobre, długie życie.
Ja też się uśmiechałem. Wywiązałem się z zadania.
Czterech masywnych mężczyzn zamykało właśnie bramę i wtedy kątem oka dostrzegłem ciemny kształt pikujący nad strażnikami. Poznałem go od razu. Niejeden raz widziałem już gryfa polującego na swoją ofiarę.
Rzuciłem się biegiem ku strażnikom, po drodze dobywając miecza. W tej samej chwili dostrzegłem przerażoną twarz Rixin cofającej się za domykające się wrota. Była bezpieczna. Tak przynajmniej wtedy sądziłem...
Strażnicy w samą porę zorientowali się, że zagrożenie nadchodzi z góry. Cisnęli włócznie, które boleśnie się wbiły w ciało stwora. Niestety, zadane rany nie były śmiertelne. Gryf, jak wspominałem, był trudnym przeciwnikiem. Impet uderzenia wyrzucił dwóch ludzi, którzy uderzyli z hukiem o ścianę i stracili przytomność. Nim zdążyłem go zaatakować stwór pomknął z zawrotna szybkością w stronę lasu, by leczyć rany i znaleźć łatwiejszą ofiarę.
Ale nie dane mi było o nim myśleć. W tym samym momencie poczułem niesamowity żar, bijący od murów mauzoleum. Towarzyszył mu dźwięk, którego nie potrafiłem nazwać. Brzmiało to tak, jakby nagle mróz ściął rzekę i z ogłuszającym trzaskiem to, co płynne, zamieniał w materię twardą jak skała.
- Co jest? - zapytałem sam siebie i poczułem niepokój o los siostry.
W tej samej chwili ogłuszający ryk przerwał ciszę. Ryk, jakiego jeszcze w życiu nie słyszałem. Nie miał nic wspólnego z ludzkim krzykiem, myśliwskim wołaniem gryfów, wyciem wilków, rykiem lamparta, czy choćby dzikimi wrzaskami Taotii idących w bój. Ten był... Nie, nie umiem go nazwać. Może dziki i władczy, a jednocześnie tak głośny, jakby przecinał niebo, biegnąc w dal, strącając po drodze ptaki. Kilka sekund później usłyszałem, coś co brzmiało jak kroki olbrzymich stóp, a potem w dachu budynku zrobiła się ogromna dziura.
Uciekałem najszybciej, jak mogłem, strach dodawał mi siły. Jednocześnie myślałem o tym, że Rixin Ming Tao tam jest, za murem, wśród żołnierzy. Ale też i co do wszystkich duchów się tam dzieje?! Chciałem wiedzieć i bałem się tej wiedzy. Po raz pierwszy od dawna obleciał mnie strach.
Przede mną, ponad budowlą, wznosiły się olbrzymie tumany dymu i kurzu, a za nimi jakiś kształt.
Smok!
Przez chwilę było mi dane oglądać najwspanialszą istotę świata.
- Cesarz. - pomyślałem. - A jednak... Naprawdę był smokiem!
Wspaniały gad miał łuskę nieskazitelnie błękitną, a otaczały go złoto - czerwone płomienie. Nawet tam, gdzie stałem czułem bijący odeń żar. Nigdy pewnie już me oczy nie ujrzą czegoś podobnego. Solidny na pozór dach konstrukcji runął grzebiąc tylu ludzi. 
Mimo swych monstrualnych rozmiarów Smok - Cesarz wzbił się lekko w górę, a jego aksamitna skóra zlała się z niebem...
Wokół zapadła cisza.

* * *

Nazajutrz próbowaliśmy uprzątnąć gruzy, lecz był to zbyt wielki ciężar. Przerzuciliśmy jedynie tony ziemi i drewna tuż przy bramie i tam odnalazłem ciało siostry.
Nie przypominała jednak w niczym żadnego z martwych ludzi, jakich widziałem. Wyglądała jak figura. Figura z terakoty. 
Płakałem gorzko nad jej losem, zły na siebie, że jej nie powstrzymałem i myślałem o tym, czy to możliwe, aby oddech Smoczego Cesarza zamieniał ludzi na wieki w figury? A skoro to spotkało Rixin, to i może w kompleksie grobowym czeka wielka Terakotowa Armia?
Grobowiec cesarza pozostał pusty: zdecydowaliśmy się zalać go rtęcią, jak przykazał w swoim testamencie władca. Mędrcy mawiają, a że rtęć działa wabiąco na smoki. Może zdecyduje się powrócić do nas i zamieszkać w podziemnym pałacu, jaki wraz z innymi tajemnicami mauzoleum strzeże rzeka rtęci?
A Rixin pochowałem pod jej ukochanym drzewem, tym, pod którym bawiliśmy się jako dzieci. I tu, w nefrytowej szkatułce, wraz z jej skarbami kryję jeszcze jeden skarb - historię Cesarza - Smoka i terakotowej armii. 

* * *

- Jesteś pewien do autentyczności tego dokumentu? - zapytał Leon.
- W stu procentach pochodzi z tamtej epoki - zapewnił go Kacper. Był przy tym tak gorliwy, że jego przełożony mimowolnie uśmiechnął się, a zaraz potem wysnuł tezę:
- Myślisz, że to ktoś z przeszłości zrobił nam żart?
- Proszę, potraktuj to na serio. Wiem, że smoki są u nas legendami, ale uważam, że musimy zmienić punkt widzenia! Tu w Chinach mogły żyć, przecież do dziś są obecne w tej kulturze. Chyba nie bez powodu na taką skalę - próbował przekonywać profesora Kacper, ale ten tylko machnął ręką.
- My w Europie opowiadamy o krasnoludkach, a one też nie istnieją - powiedział.
Kacper zamilkł. To nie był najlepszy moment na opowieść o tym, jak to jako dziecko poszukiwał Marzanny, a pomagały mu w tym niewielkie skrzaty...

* * *

Następnego dnia, gdy minęła pora śniadania a Leona nadal nie można było nigdzie znaleźć, Kacper, nieco zaniepokojony, udał się do baraku, w którym przechowywali znaleziska. Nie spodziewał się tam znaleźć profesora, rzadko tam przebywali, bo nikt nie lubił być śledzony przez czujne oczy kamer. Otworzył drzwi i zamarł.
Leon siedział blady na krześle, a dłoń trzymał na klatce piersiowej terakotowej figury młodej kobiety. 
- Potknąłem się dziś, gdy tu wszedłem i oparłem przypadkiem o tę rzeźbę - wyszeptał profesor. - W pierwszej chwili przeraziłem się, że ją uszkodzę, ale nic się na szczęście nie stało. Prawie nic... Wyobraź sobie? - głos uwiązł mu w gardle. - Kacper, ona oddycha! - jęknął Leon.
Kacper oniemiał. 
Xsinh Tse najwyraźniej nie opowiedział im, a może nie znał całej historii. Smok nie uśmiercił nikogo. Zamienił ciała w terakotę, ale uwięził w nich bijące serca i żyjące dusze. A skoro tak to znaczyło, że i terakotowa armia wciąż żyje.
Jako osoba towarzyska Kacper pobladł tak samo, jak blady był Leon. Pierwszy raz w życiu nie wiedział, co ma zrobić z posiadaną wiedzą?